Śliczna jedenastolatka dumnie, z podniesioną głową wkroczyła razem ze swoimi rodzicami na peron. Wszędzie roiło się od dymu, który przedostał się z maszyny, która stała obok na torach, co sprawiało, że ludzie jakby wyłaniali się z mgły. Dziewczynka miała długie blond włosy, zaplecione w dwa warkocze, usta w kolorze dojrzałych malin i stalowe oczy, niesamowicie roześmiane. Na sobie miała niebieską sukieneczk, gdyż osobiście nienawidziła różu. Niemalże gardziła wszystkim, co różowe. Jej rodzice - dumni ze swojej potomkini, która tak samo jak oni kiedyś, wkroczyła w świat magii, szli kilka metrów za nią.
Oboje byli naprawdę elegancko ubrani. Ojciec Annie pracował w Ministerstwie Magii na dość wysokim stanowisku. Nosił imię Harald - po swoim dziadku. Był wysokim mężczyzną o kruczo-czarnych włosach i stalowych oczach. To właśnie te oczy odziedziczyła po nim mała Annie. Nie mógł mieć więcej niż 35 lat, jednak jego prawa ręka już spoczywała na pięknie zdobionej lasce z XVIII wieku. Owa laska nie była jednak spowodowana problemami zdrowotnymi, jakie zdarzają się w starszym wieku. Harald został zaatakowany przez nieznanego czarodzieja, o nieznanych zamiarch we własnym gabinecie w Ministerstwie, do którego napastnik się wkradł. Tamta sprawa jednak nigdy do końca nie została wyjaśniona, a pan Season, niewiele się przejmując, dostał pamiątkę na całe życie.
Mama Annie - Pani Season, jak to zwykle miewali ludzie ją nazywać. Na imię miała Andromeda. Na prawdę dostojna była z niej kobieta, wtedy może coś koło trzydziestki, nie wiadomo do końca. Miała niesamowitą figurę, postawę godną modelki, długie nogi, jednak do swojego męża wciąż brakowało jej co najmniej piętnastu centymetrów. Jej córka była klonem własnej matki. Andromeda również miała piękne blond włosy, zaczesane w eleganckiego koka, z którego wypadło kilka kosmyków. Miała delikatnie zarysowane kości policzkowe i malinowe usta. Jednak jej oczy były w kolorze ciemnego mahoniu, nie stalowe, co dodawało jej wiele uroku i piękna.
Cała trójka zmierzała w stronę wejścia do pociągu w pobliżu odpowiedniego przedziału. Na twarzy dziewczynki malował się szeroki uśmiech, jednak w głębi duszy było zupełnie inaczej. Trzęsły się jej ręce, nie mogła złapać równomiernego oddechu, nie potrafiła zochowywać się normalnie, jednak jej uśmiech odwracał uwagę od całej reszty. Zawsze tak było. Na zewnątrz była odważną i pewną siebie dziewczyną, ale tak na prawdę wolała się gdzieś zaszyć i nie odzywać. Najlepiej z jakąś dobrą książką i ciepłą herbatą. Taką odważną grała tylko i wyłącznie przed rodzicami i ich znajomymi. Dlaczego? Nie chciała odstawać od swoich "przebojowych" rodziców. Wkopała się tym po uszy, gdyż nie może już tego odkręcić. Jej rodzice myślą, że mają na prawdę odważną córkę, która nie boi się wyzwań, a tak na prawdę woli być szarą myszką...
~*~
- Cześć, mogę się dosiąść? - blondynka podniosła niechętnie głowę z okna pociągu i spojrzała w stronę, z której dochodził skowronkowy głos. W trzwiach przedziału stała niewysoka, lekko piegowata ruda dziewczynka. Była w tym samym wieku, co Annie. Również pierwszy rok. Miała szmaragdowe oczy, które swoim blaskiem niemalże potrafiły hipnotyzować. Jednak na Annie nie zrobiło to wrażenia, nigdy zbytnio nie potrafiła się "podniecać" tym, jak wyglądają inni. Najnormalniej w świecie jej to zwisało.
- Jasne, siadaj. - odpowiedziała i poklepała miejsce koło siebie, a dziewczynka wesołym krokiem usadowiła się na miejscu. - Właściwie miałam ochotę pobyć tu sama, ale przecież trzeba kogoś poznać.
- Ach, tak, jestem Lily. Lily Evans. - uśmiechnęła się promiennie i podała rękę swojej nowej koleżance.
- Ja nazywam się Annie Season. Annie, nie Anna. - już na wstępie zawsze zaznaczała to, aby nie mówić do niej Anna, gdyż nienawidziła tej formy. Zawsze tak do niej mówiła jej ciotka Greta, która niemiłosiernie ciągnęła za policzki, sprawiając przy tym nie lada bólu.
- Okej, przyjęłam. - zaśmiała się i jednocześnie skrzywiła, gdy zauważyła, że do ich przedziału wkracza czterech chłopców. - Nie zwracaj na nich uwagi, może nas miną.
Annie pokiwała lekko głową i zanużyła nos w książce, jednak to nic nie dało. Chłopcy z hukiem wkroczyli do przedziału dziewczyn i narobili hałasu, jak na targu.
- Lily! - krzyknął jeden z nich. - Jak ja cię dawno nie widziałem! - można było spokojnie zauważyć, że chłopak jest ogromnie zadużony w rudej. Jednak, cóż to za miłości w wieku jedenastu lat...
Blondynka cały czas uważnie przyglądała się całemu zajściu, jak szatyn przytula się z niedźwiedzią siłą do swojej koleżanki, a ona go odpycha. Widać miała go już dosyć.
- Potter, - bo tak miał na nazwisko chłopak - odczep się! - odepchnęła go jeszcze raz i cała czwórka opadła na kanapę na przeciwko kanapy, gdzie siedziały dziewczyny.
- O, a kto to? - zapytał Potter, wskazując na blondynkę, która siedziała cicho w kącie z nosem w książce. - Nieważne. Ja... Jam jest Sir James Potter, tak dla ścisłości, o pani. Możesz mi mówić Rogacz, również dla ścisłości.
- Klapnij, moja kolej. - wstał drugi z chłopców o kruczo-czarnych włosach i zadziornym spojrzeniu, które lustrowało wszystkich na około. - Jestem Syriusz Black, człowiek, któremu nie będzie mogła oprzeć się żadna dziewczyna w Hogwarcie. Prawowity dziedzic Dworu Blacków, winny trafić do Slytherinu, jednak nie reflektuje na owy dom. - wtedy spojrzał na niego piorunująco James, a on dokończył: - dobra, dobra, nie będzie mogła NAM się oprzeć żadna dziewczyna. No, miło mi. A to jest Remus - powiedział, wskazując na blondwłosego chłopaka, który również nie odzywał się zbyt często, jak Annie, unikał tylko wzroku innych ludzi, jakby się wstydził tego, że ktoś może na niego patrzeć. - A to jest Peter. - tudzież wskazał na krępego chłopaka wcinającego żelki. Jego wesoła twarz miała wrażenie być wszędzie, dosłownie.
- Bardzo mi miło. - uśmiechnęła się blondynka i wyciągnęła nos zza książki. - Ja jestem Annie Season. Jeszcze trochę nie bardzo orientuję się w tym... Magicznym świecie... Moi rodzice oboje byli w Gryffindorze, mówili mi, że i ja tam trafię, więc tylko tyle wiem.
- Przecież Twoi rodzice są stu procentowymi czarodziejami. - zauważyła Lily, spoglądając na Annie. - Zauważyłam Cię na peronie z nimi, oboje mieli przy sobie różdżki. Z resztą... Jak mugole nie wyglądali, nawet gdyby chcieli.
Annie trochę się speszyła, gdy Lily zapytała o to, dlaczego nic nie wie o magicznym świecie. Dziękowała jednak w duchu, że nie zapytała o jej zachowanie przy rodzicach i przy innych. Tego nie byłaby w stanie wytłumaczyć. Może tylko się modlić o to, aby sami się domyśleli.
- Bo... Bo to trochę skomplikowane jest. - odpowiedziała. - Nie mieszkałam przez dłuższy czas z rodzicami. Przez ten akurat czas mogli mi wszystko wytłumaczyć, o co chodzi z tą całą... Magią. Nie zrobili tego jednak, bo nie mieszkałam z nimi. Oczywiście, zawsze wiedziałam o magii i jej obecności w naszej rodzinie, ale to wszystko, co o tym wiedziałam. Nic więcej.
- Kurczę... - odezwał się James. - Nawet nie masz pojęcia, ile cię ominęło. To znaczy... W takim wieku nie można czarować, ba, nawet nie umie się, ale tak czy siak...
- Dobra, Potter, TAK CZY SIAK, nauczy się, jesteśmy dopiero w pierwszej klasie, wy też niczego jeszcze nie potraficie.
- Chciałabyć. Potrafiłbym Cię obezwładnić jednym ruchem.
Wszyscy z zaciekawieniem przysłuchiwali się przekomarzaniom tamtej dwójki. Annie już ich wszystkich polubiła za to, jacy są względem niej. Temat jej życia wcześniejszego bardzo szybko się zakończył, nikt nie drążył tego, co było dalej. Była im za to bardzo wdzięczna.
~*~
- Dobra, czas zacząć ostatni rok w szkole. - powiedziała Lily, opadając na starą kanapę, znajdującą się w przedziale pociągu. Wszyscy byli niesamowicie szczęśliwi, że został im ostatni rok, jednak z drugiej strony jest im smutno, że będą musieli się ze sobą rozstać. Nie było wiadomo, kto pójdzie w jaką stronę, po skończeniu szkoły. Oczywiście, mogliby dalej trzymać się siebie, ale to nigdy nie było pewne.
- Nie przypominaj nawet. - odezwała się Annie. - Co ja niby zrobię bez was?
- No beze mnie to na pewno będziesz cieeerpieć z tęsknoty. - zaśmiał się Łapa, dając kuksańca Potterowi. - Świruję, też nie wiem, jak to będzie...
- Dobra, będziemy się tym martwić, jak skończy się rok, na razie cieszmy się, że jeszcze nic się nie szkończyło. - zaproponowała Rudowłosa, a wszyscy tylko pokiwali głowami i resztę podróży spędzili w milczeniu. Tylko Remus co jakiś czas wychodził z przedziału, gdyż miał obchód po wagonie. Jest prefektem, a to go zmusza to co półgodzinnych obchodów.
James z Syriuszem czasami jeszcze zaczynali grę w wybuchowego durnia, jednak już nawet to im się znudziło. Postanowili, że jeszcze podenerwują Ślizgonów, co im się raczej nigdy nie znudzi.
Wszyscy z przedziału się zmyli, tylko Lily i Annie została. Ruda zajęta malowaniem swoich paznokci na kolor jasnego nieba, a Annie z nosem w książce.
`Kurczę... Ostatni rok. Musi być fajnie. Po prostu musi być. Skoro poprzednie lata były świetne, to dlaczego ostatni rok nie miałby być najlepszy? - Przeszło jej przez myśl i znowu zagłębiła się w czytanie swojej książki.
- Będzie epicko! - wykrzyknął Łapa, kiedy wtargnął do przedziału. Stwierdził, że z roku na rok Ślizgoni robą się coraz bardziej naiwni i dlatego właśnie twierdzi, iż ten rok miał być... "Epicki". Cóż... Można mu życzyć tylko i wyłącznie szczęścia.